piątek, 01 stycznia 2010
"Gone. Zniknęli" MIchael Grant

Skusiłam się na kolejną polecaną przez pewną księgarnię sieciową ( i nie tylko) pozycję i... uczucia mam mieszane. 

Z jednej strony, z językowego punktu widzenia, powieść jest napisana/przetłumaczona sprawnie, przez co czyta się ją dość przyjemnie. Historia zaczyna się interesująco, akcja toczy się wartko, a czytelnik przemierza kolejne strony, chcąc odkryć co za tym wszystkim stoi. I tu zaczyna się problem, bo do ostatnich stron rozwiązują się niemal wszystkie tajemnice. Ja przynajmniej dowiedziałam się tyle ile chciałam i niewiele zostało aby zachęcić mnie do kupienia kolejnych części (a ma być ich ponoć sześć). 

Jeśli chodzi o bohaterów, można zauważyć wpływy Goldinga i jego "Władcy much". Ale tylko wpływy. Główni bohaterowie, wszyscy poniżej piętnastego roku życia, zachowują się dość nietypowo jak na swój wiek. Cóż, młodzież szybko dojrzewa. Momentalnie orientują się w sytuacji i, jak to zwykle w bajkach bywa, zaczynają walczyć o władzę, stosując metody godne co najmniej nowojorskich gangsterów. Tak więc trup się ściele (może nie za gęsto ale zawsze, pojawiają się betonowe (sic!) rękawice (nowatorska modyfikacja betonowych butów), leje się krew... A jakby tego było mało pojawiają się coraz to nowe (i bardziej wymyślne) nieszczęścia z rożnych bajek, łącząc najlepsze pomysły autorów s-f z inspiracjami fantasy ;-)

Warto wspomnieć także, że codzienne życie w mieście jakoś samo się organizuje i nikt nie musi nikogo do niczego namawiać, bo znajdują się i tacy czternastolatkowie, którzy nie chcą zaszczytów i stanowisk, za to pracują niezmordowanie na rzecz społeczności. 

Jednym zdaniem: miłe krwawe czytadełko na święta, chociaż równie dobrze mogłam poświęcić ten czas na inną lekturę. 



piątek, 29 sierpnia 2008
Florencja

„Prywatne życie Mony Lisy” jest książką bardzo różną od tych, które czytałam do tej pory w ramach wyzwania. Od kilku dni zbieram się do napisania tej recenzji i muszę przyznać, że komentowanie tej książki przychodzi mi z trudem, jest to bowiem czytadło lekkie, łatwe i przyjemne, a o tych pisze się najtrudniej. Poznawanie dziejów Mony Lisy i piętnastowiecznej Florencji nie było jednak przykrym obowiązkiem, z trzech powodów:

Po pierwsze: Florencja. Jest jedną z dwóch głównych, obok tytułowej, bohaterek tej powieści. Florencję La Mure’a tworzą przede wszystkim ludzie, zarówno pojedyncze postaci jak i wszystkich Florentczyków. Autor zapoznaje ze zwyczajami i obyczajami panującymi w owym czasie w patriarchalnych Włoszech, prowadzi nas przed dobowy i roczny rytm życia w mieście, a wszystko to okraszone jest solidną porcją burzliwej historii Republiki. Wygląda na to że autor bardzo wnikliwie zbadał dzieje Florencji i prawdziwych postaci. W kolejce czekają już „Medyceusze” Paula Strathern’a – przeczytam, porównam i wtedy wypowiem się na temat prawdziwości bądź fikcyjności historii u La Mure’a. Nauczona bowiem lekturą Borgesa zdaję sobie sprawę, iż przypisy nie zawsze są tym czym uważamy że są.  W każdym razie podróż do piętnastowiecznego miasta Medyceuszy jest przygodą przyjemną, bo Florencja piękna jest i kształcącą, bo obyczajowość jej współczesnego czytelnika zadziwia, a nieraz i bulwersuje.

Po drugie: Mona Lisa. Pewnie niewiele osób wie kim tak naprawdę była. W powieści jest ona bohaterką romantycznej historii o miłościach: o tej młodzieńczej, szaleńczej i nieodpowiedzialnej i o tej dojrzałej, rodzącej się z czasem, wypracowanej. Jej losy nierozłącznie splatają się z dziejami Florencji. Bo gdyby historia potoczyła się inaczej, kto wie czy dziś intrygowałaby nas swoim uśmiechem (mnie nie intryguje, ale to już niemal wyrażenie frazeologiczne jest, więc przy wspominaniu o Lisie pojawić się  powinno).

Po trzecie: mit Leonarda. Wszyscy wiemy, że da Vinci to geniusz: malarz, wynalazca, architekt… A tu nagle okazuje się że to nie do końca tak. Człowiek, który w naszych głowach jest symbolem człowieka renesansu, humanisty, który żyje pełnią życia napisał przed śmiercią: „Zmarnowałem swój czas.” A wszystko dlatego, że „służył niegdyś Bogu nauki, który obiecywał sławę i bogactwo. Uczony, którym nie był, zabił w nim artystę, którym się urodził.”

środa, 20 sierpnia 2008
Barcelona

Czytałam powieść Javiera Maríasa i zastanawiałam się dlaczego została ona umieszczona pod hasłem Barcelona. Bo o „Corazón tan blanco” (Serce tak białe) można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest to podróż do serca Katalonii. Główny bohater mieszka w Madrycie, pracuje w Nowym Jorku, Londynie, Genewie, w podróż poślubną jedzie między innymi do Hawany… Ale nie ma tam ani słowa o Barcelonie (gwoli ścisłości Barcelona jest w całej książce wspomniana dwa, może trzy razy, tylko z nazwy) . Zresztą miejsce akcji nie jest ważne. Madryt nie musi być Madrytem, może być jakimkolwiek  miastem hiszpańskim, albo w ogóle dowolnym miastem.Tak naprawdę nie musi być nawet miastem, bo nie ważne jest miejsce akcji. „Corazón tan blanco” jest powieścią o komunikacji, a ludzie komunikują się zawsze i wszędzie.

W procesie komunikacji, w którym musi być nadawca, odbiorca, komunikat i kanał, przekazywanie informacji nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać. Komunikat to przede wszystkim słowa, a one mają moc sprawczą. Także u Maríasa słowa potrafią zamienić się w ciało, nic co powiedziane, ani nic co przemilczane nie pozostaje bez wpływu na innych.  “El mundo habla sin cesar, a cada momento hay millones de conversaciones, de narraciones, de declaraciones, de comentarios, de cotilleos, de confesión, son dichos y oídos y nadie puede controlarlos. Nadie puede prever el efecto explosivo que causan, ni siquiera seguirlo.” (Świat mówi bez przerwy, każda chwila obfituje w miliony rozmów, opowieści, deklaracji, komentarzy, plotek, wyznań, są one wypowiadane i słyszane i nikt nie może ich kontrolować. Nikt nie może przewidzieć wybuchowego efektu, jaki spowodują, ani za nim nadążyć). Słowa powodują działanie, czasem niechciane. Słowa padaja nieprzemyślane, w nieodpowiednim momencie. “Uno cuenta, habla, dice, las palabras son gratis y salen a borbotones a veces, sin restricciones. Siguen saliendo en toda ocasión, cuando estamos borrachos, cuando estamos furiosos, cuando estamos abatidos, cuando estamos hartos, cuando estamos entusiasmados, cuando nos sentimos enamorados, cuando es inconveniente que las digamos o no podemos medirlas. Cuando hacemos daño. Es imposible no eqivocarse. Lo raro es que las palabras no tengan más consecuencias nefastas de las que normalmente tienen.” (Człowiek opowiada, rozmawia, mówi, słowa są za darmo i czasem wypływają gwałtownie, bez ograniczeń. Padają przy każdej okazji, kiedy jesteśmy pijani, kiedy jesteśmy wściekli, kiedy jesteśmy załamani, kiedy jesteśmy czymś zmęczeni, kiedy jesteśmy podekscytowani, kiedy czujemy się zakochani, kiedy nie wypada ich wypowiadać lub kiedy nie możemy ich zmierzyć. Kiedy czynimy szkodę. Niemożliwością jest żeby się nie pomylić. Zadziwiające, że słowa nie miewają więcej zgubnych konsekwencji niż zwykły mieć).  Czy jest ktoś kto nie żałował chociaż raz swoich słów?  Ale komunikat to nie tylko słowa, mówi nam Marías. Bo „Corazón tan blanco” jest powieścią o słowach i o ciszy. Ciszy przemilczanej i ciszy niewypowiadalnej. I o tym, że nie ważne jak świetnie znasz język, wszystko gubi się w tłumaczeniu. Nawet jeśli przekładasz sytuacje czy dialogi z własnego języka na własny; jeśli opowiadasz komuś co widziałeś bądź co mówiłeś i tak nie są to te same słowa.  I to powieść także o słuchaniu, o tym że nie zawsze chcemy słyszeć, ale nie da się tego uniknąć, bo “escuchar es lo más peligroso, es saber, es estar enterado y estar al tanto, los oídos carecen de párpados que puedan cerrarse instintivamente a lo pronunciado” (słuchanie jest najbardziej niebezpieczne, jest wiedzą, jest dowiadywaniem się i byciem na bieżąco, uszy nie mają powiek, które mogłoby się zamknąć instynktownie na to co wypowiadane). Trzeba więc uważać na to, co się mówi i milczy, bo „callar  y hablar son formas de intervenir en el futuro” (milczenie i mówienie są sposobami wpływania na przyszłość).

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Wiedeń

Jeśli chodzi o „Pianistkę” Elfriede Jelinek, mam mieszane uczucia. Tak samo mieszane jak po obejrzeniu „Placu Zbawiciela”. Nie było to przyjemne doznanie, chociaż nie można mu odmówić wartości artystycznej. Nie jest to z pewnością jedna z książek, do których kiedyś wrócę, ale łatwo też jej nie zapomnę.

Książka ta została napisana w 1983 roku – od tego czasu wiele się zmieniło. Dlatego „szargane przez Jelinek świętości” już nie szokują czytelnika tak, jak zwykły to robić ćwierć wieku temu. Za to powieść wydaje się być przepełniona feministycznymi cliché’ami. Weźmy na przykład pasywne, zamknięte w domach kobiety, które „o tej porze nie wychodzą same na ulicę. Tylko do piwiarni z rodziną albo w odwiedziny do krewnych. Tylko w towarzystwie dorosłego. Na każdym kroku ich nierzucające się w oczy, ale jakże koniecznie potrzebne działania i dziergania. Kuchenne wyziewy.” W zestawieniu z przepełnionymi kultem sukcesu rodzaju żeńskiego, który emanuje z każdego sierpniowego wydania dowolnego Czasopisma Kobiecego cos zgrzyta. Dziś nawet jak kobieta jest kura domestica to musi przekuć to na sukces. Takie życie.

A Wiedeń? Wiedeń – miasto muzyki to pozór w jaki wszyscy chcą wierzyć. Tak samo jak wierzą w poukładane życie Eriki i jej świetne relacje z matką. Tak naprawdę to miasto zwykłych pracujących ludzi: robotników, emigrantów, nuworyszów… Wszyscy są zmęczeni codziennością. Bardziej niż muzyka obchodzą ich podstawowe potrzeby: najeść się, wyładować chuć i pójść spać, aby przetrwać do następnego dnia. Wyczerpująca praca nie zostawia sił na wyrafinowane przyjemności, wystarcza im seks i telewizja: „wszędzie dokoła wszyscy ludzie w tym samym czasie przeżywają to samo.” Wbrew pozorom od szarej masy nie różni się także tytułowa pianistka. Mimo tego, że całe życie wmawiano jej, że jest lepsza niż jednowymiarowy tłum, kierują nią te same rządze. W tym miejscu z „Pianistki” głośno krzyczy Freud: kultura jest represyjna wobec wszystkich i wszyscy musimy ograniczać swoje popędy. Próba zaspokojenia Erosa bądź Tanatosa musi prowadzić do tragedii.

Jelinek buduje swoją powieść jak grecką tragedię. Akcja się rozwija aż do momentu, kiedy czytelnik przeżywa katharsis. Potem następuje łagodny spadek ciśnienia i… niesmak.

wtorek, 05 sierpnia 2008
Warszawa

Pierwszy punkt miejskiego czytania za mną. Wybrałam „Dziewięć” Stasiuka bo jeszcze nie czytałam żadnej jego książki. Dopiero w trakcie czytania zajrzałam do opisu tej powieści w Internecie. Większość księgarni internetowych pisze: „Warszawa, wczesne lata dziewięćdziesiąte. Drobny przedsiębiorca nie może oddać pożyczonych pieniędzy. Wikła się w gangsterską historię. Sensacyjna fabuła skrywa opowieść o pożądaniu, bogactwie, pieniądzach i rozpadającym się świecie. Literatura do śmiechu i do łez.” Kurczę, pomyślałam sobie, chyba czytaliśmy dwie różne ksiązki…

            Warszawa Stasiuka jest smutniejsza od mojej. Jest pełna ludzi, którzy zamieszkali w niej z nadzieją na to, że coś się zmieni. I z tą nadzieją, coraz słabszą i coraz głębiej chowaną, przemieszczają się do pracy, z pracy, do sklepu, do knajpy, do domu… Gdzieś idą, skądś wracają, przed kimś uciekają. Albo czekają na jakiś środek transportu aby przemieścić się dalej. Warszawa Stasiuka jest w ciągłym ruchu: ludzie pędzą, tak samo jak pędzą krótkie zdania powieści. Krajobraz wciąż się zmienia: kształty, kolory, zapachy, miejsca, ludzie… Stasiuk opisuje Warszawę bardzo szczegółowo, nie zatrzymuje się jednak w żadnym miejscu dłużej, niż przechodzień, który mijałby je w rzeczywistości. Jedno zdanie za drugim, jeden krok za drugim, przeskakujemy na inny fragment rzeczywistości, Przebiegamy przez kolejne fragmenty miasta razem z bohaterami.

            Tak samo szybko przeskakuje się z jednego fragmenty książki na drugi. Fragmenty są jak porozrzucane klocki. Każdy zdaje się dotyczyć innego bohatera, innego miejsca, nie wiemy gdzie go dopasować, aż do momentu kiedy pojawi się jakaś wskazówka: opis miejsca, imię, jakiś detal… I wtedy wszystko zaczyna się układać w jedną całość.  Niektóre fragmenty długo nigdzie nie pasują, dopiero w końcowych fragmentach pojawia się wskazówka w którym miejscu układanki powinny się znaleźć. Podobnie pasują do siebie historie bohaterów: poszczególne postaci spotykają się ze sobą, ich losy się splatają, po to aby za chwilę każdy mógł oddalić się w swoją stronę.

„Dziewięć” jest cudownie niedopowiedziane, zostawia dużo miejsca na domysły. Przypomina trochę Vargasa Llosę i jego „Miasto i psy”, trochę filmy Iñaritu. Dostaje więc wysoką notę, mimo że jest pesymistyczne, że nikomu się nie udało, nikt nie ma tego, czego by chciał, nikt nie jest naprawdę szczęśliwy. No i za szybko się kończy, zostawiając niedosyt.

piątek, 01 sierpnia 2008
Jak to się wszystko zaczeło...

Siedziałam sobie przed komputerem, udając sama przed sobą że robię coś pożytecznego, a w rzeczywistości przeglądając kolejne strony internetowe. To było trochę tak, jak czytanie słownika wyrazów obcych w liceum. Mój Kopaliński miał pod każdym hasłem odnośniki prowadzące do innych obcych wyrazów. Zaczynało się zawsze tak samo: usłyszałam albo przeczytałam jakieś obco brzmiące słowo i wieczorem, przed snem, szukałam go w słowniku. Gdy już znałam definicję danego słowa, okazywało się, że nie znam także znaczeń słów wiążących się w jakiś sposób z tym, które właśnie sprawdzałam. Szukałam więc znaczenia kolejnego słowa, które także odnosiło się do innych słów i w ten sposób, jak po nitce docierałam do niezgłębionych jeszcze obszarów polskiej leksyki. Podobnie było ze stronami internetowymi. Szukając czegoś w Internecie odnajdywałam poukrywane na ekranie komputera odnośniki prowadzące do innych stron. Inne strony prowadziły mnie za rękę do jeszcze innych, a ja coraz głębiej zanurzałam się w labiryncie wirtualnej rzeczywistości, odkrywając jej tajemnice, poukrywane pod aktywnymi literkami.

Zaczęło się dość banalnie, bo jako osoba ogarnięta pragnieniem napisania doktoratu z jakiejś dziedziny, z zaznaczeniem że ma być humanistyczna (dziedzina jest sprawą drugorzędną, mam dość szerokie zainteresowania, więc mogę się dostosować, a intuicja podpowiada mi że to właśnie jest strona, w którą powinno pójść moje życie) namiętnie sprawdzam wszelkie instytucje, w których ktoś się ma szansę zrobić karierę naukową. Tym razem tajemniczy skrót znalazł się na okładce jednej, z książek, których nie mam czasu czytać. Zalegają one na stosiku przy łóżku cierpliwie czekając na swoją kolej, a ja, poddając się namiętności, wystawiam ich cierpliwość na próbę, dokładając tam coraz to nowe pozycje. Wpisałam w google obiecujący skrót, który informował czytelnika z jaką instytucją związana jest kariera naukowa autorki. Trzy literki kusiły tym bardziej, że promotorem autorki okazała się być Maria Janion, postać którą darzę bliżej niewyjaśnioną sympatią. Niewyjaśnioną gdyż, wstyd się przyznać, nie przeczytałam żadnej jej książki, mimo, że od lat to planuję. Patrząc jednak na tytuły jej publikacji (z tytułami zapoznałam się dość dobrze, kilka razy udało mi się nawet mieć jej książkę w rękach) widzę zaskakująca rozbieżność zainteresowań, zbieżną tym, czym ewentualnie mogłabym zajmować się ja. Zresztą, może to za sprawą siwych włosów, myślę sobie czasem, że miałaby szansę stać się nauczycielem i mistrzem, którego wciąż nie mogę znaleźć.

Niezawodne google szybko (jak na możliwości łącza) odkryły przede mną znaczenie tajemniczego skrótu, dodatkowo podając adres, pod którym znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Autorzy stron internetowych, ukrywając na stronach różne informacje zdają się wciągać internautę w swoistą grę w chowanego. Jak w filmach przygodowych. Podróżnik po wirtualnej rzeczywistości, poszukujący artefaktu w postaci odpowiedzi na kluczowe dla zagadki pytanie trafia w końcu we właściwe miejsce, okazuje się jednak, że musi rozwiązać jeszcze jedną lub trzy zagadki. W filmach przygodowych, nie wiedzieć czemu zawsze jest jedna lub trzy, pewnie dlatego, że przy czwartej bogom lub innym demonom nie chce się czekać na potknięcie delikwenta, dają mu więc szansę na samounicestwienie przy użyciu artefaktu, co zwykle jest bardziej efektowne, a często i efektywne, artefakty Henry’ego Jonesa, zwanego popularnie Indianą na przykład niszczą przy okazji sporą część dzielnych niemieckich żołnierzy, co w pełni zaspokaja potrzeby bogów i innych demonów. Bóg, demon lub twórca strony internetowej stawia przed szarym człowiekiem podobne zadanie, nie zawierając w wyposażeniu strony podręcznej wyszukiwarki. Sam dobry człowieku zgaduj, pod którym hasłem kryje się to, czego szukasz. Na szczęście jak nie trafisz nic nie eksploduje.

Mi szczęśliwie udało się odszyfrować zamieszczone na stronie skróty myślowe, dzięki którym jedynie twórca strony wie gdzie czego szukać i w nagrodę mogłam zapoznać się z warunkami przyjęcia na studia doktoranckie. Spełniam wszystkie warunki poza jednym, nie licząc posiadania dowodu wniesienia opłaty kwalifikacyjnej. Spełnienie warunku jest trudne, ale możliwe, wymaga jednak czasu, w związku z czym nie zastanawiałam się nad tym długo, zwłaszcza że w czasie zwiedzania strony instytucji zakodowanej w znalezionym przeze mnie skrócie natknęłam się na rzecz równie ciekawą i pozbawioną niespełnionego przeze mnie warunku. Wzbudziło to towarzyszący zwykle przedsięwzięciom pozbawionym czasochłonnego warunku entuzjazm, bowiem do realizacji tego typu przedsięwzięć można przystąpić od ręki.

Tak powstał kolejny plan, kolejna droga, którą, jak podpowiada mi intuicja powinnam pójść. Jako że mam zwyczaj informowania o moich kolejnych planach życiowych osoby, z którą wiodę żywot poczciwy, także tym razem niezwłocznie podzieliłam się swoim nowym pomysłem. Osoba, będąca osobnikiem płci męskiej, przyzwyczajonym do stosunkowo dużej ilości moich pomysłów na życie i w związku z tym odnoszący się do nich raczej z pobłażliwością niż z podobnym do mojego entuzjazmem, tym razem zareagował w sposób godzien bogów, demonów i twórców stron internetowych: dodał do listy wymagań pozwalających na zrealizowanie mojego kolejnego planu czasochłonny warunek: napisz mi coś. I piszę, najpierw o innych książkach, z czasem może dotrę do chwili, kiedy napisze własną. Sartre i Beauvoir uważali, że trzeba to zrobić przed trzydziestką, więc mam jeszcze chwilę.

10:26, martitxu , Varia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 29 lipca 2008
Trzecia płeć

Nie lubię jak dobre książki się kończą. Kiedy okazuje się, że za kolejną kartka jest tylko okładka, czuję niedosyt, mimo, że od dłuższego czasu dążyłam do poznania zakończenia całej historii. Podobnie było z „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa.

Jak wnioskuję z komentarzy, po książkę tą sięgnęłam kilka lat po wszystkich, ale po cichu liczę, że jeszcze kogoś uda mi się do jej przeczytania zachęcić. Po genderowych zajęciach, w których uczestniczyłam w ciągu ostatniego semestru i po obejrzeniu dokumentu o hermafrodytach, przeżywam pewnego rodzaju fascynację „trzecią płcią”, zastanawiając się co ja bym zrobiła w takiej sytuacji… I was born twice… pisze narrator i główny bohater (główna bohaterka?) powieści. Po angielsku brzmiałoby to main character. W języku polskim z jego końcówkami innymi dla pań i innymi dla panów ciężko jest o polityczną poprawność. Nie wspominając już o uprzedmiotowieniu kobiet za pomocą rodzaju niemęskoosobowego J

I was born twice… i już przychodzi nam na myśl że jej/jego rodzice popełnili jakiś błąd. Zastanawiam się co ja bym zrobiła mając dziecko, którego płeć da się określić jedynie więcej lub mniej którejś z istniejących. Teoretycznie wybór można zostawić dziecku – ale jak poradzić sobie z takimi przyziemnymi kwestiami jak imię, które trzeba dzieciakowi nadać? (To nawet bez „wyboru” płci jest nie lada dylemat). Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego jak bardzo nasz codzienny świat podzielony jest na ten męski i na ten kobiecy. Dopiero lektura takiej książki pozwala dostrzec drobnostki, które sprawiają, że identyfikuje się nas jako ją bądź jego. Na szczęście okazuje się, że contrary to popular opinion, gender is not all that important.

poniedziałek, 28 lipca 2008
Miejskie czytanie
Podjęłam wyzwanie czytelnicze. Z wielkim trudem udało mi się wybrać 9 miast i 9 książek. Zaczynam od Warszawy: A. Stasiuk "Dziewięć". Dopiero teraz zauważyłam zbieżność tytułu pierwszej książki z ilością tych, które zamierzam przeczytać. Dalej będę zwiedzać Berlin:Erica Fischer "Aimee i Jaguar" (odkąd przeczytałam recenzję w Polityce zapragnęłam przeczytać tą książkę, która mam nadzieję zaspokoi mój głód prawdziwych historii), Barcelonę: Eduardo Mendoza “Przygody fryzjera damskiego” lub/i Javier Marias “Serce tak białe” (jeszcze nie podjęłam decyzji czy przeczytam jedną czy obie), Stephen Clarke "Merde! Rok w Paryżu" (polecało mi ją kilka osób, a ja mam słabość do Francji) i Florencję: Pierre La Mure “Prywatne życie Mony Lisy” (do Florencji też mam słabość). Tak wygląda wersja podstawowa wyzwania. Jeśli starczy czasu (chęci są i to ogromne), będę sobie wędrować dalej przez Wiedeń: Elfride Jelinek (kusi od dawna) “Pianistka”, Teheran: Azar Nafisi "Czytając Lolitę w Teheranie" (od pewnego czasu czeka na swoją kolej), Nowy Jork: Eduardo Lago "Mów mi Brooklyn" (bo po hiszpańsku) i Londyn: Zadie Smith “Białe zęby”.

A potem to chyba powinnam znowu jakąś Warszawę odwiedzę...



środa, 09 lipca 2008
Nowości na półce

Jako że należę do osób, które szybciej kupują książki niż je czytają, na mojej połce pojawiły się dwie nowe pozycje. Pierwsza ma zaspokoić mój głód wiedzy o świecie (jako że ostatnio tak zwane fiction jest w stanie zaspokoić jesynie część moich intelektualnych potrzeb), druga ma zaspokoic głód historyczny mojego Narzeczona.

Czarna Księga Kobiet Pierwsza książka to "Czarna księga kobiet" pod redakcją Christine Ockerent. Książka o kobietach i tym że wcale im dobrze na świecei nie jest. Na razie wiem o niej tyle, ile napisano na okładce: "Czarna księga kobiet, złożona z artykułów, raportów, świadectw międzynarodowego zespołu autorów, to pierwsza publikacja ukazująca tak szeroki przekrój problemów związanych z sytuacją kobiet we współczesnym świecie. Podzielona jest na części odpowiadające hasłom deklaracji ONZ z 1993 roku, poświęconej eliminacji przemocy wobec kobiet: Bezpieczeństwo, Nietykalność osobista, Wolność, Godność, Równość. Artykuły dotyczą takich tematów, jak honorowe zabójstwa, gwałt jako narzędzie wojny, selektywna aborcja, rytualne okaleczanie, gwałty małżeńskie i przemoc domowa, prawo do opieki lekarskiej i do aborcji, ochrona przed AIDS, wymuszone małżeństwa, prostytucja i handel kobietami, turystyka seksualna i współczesne niewolnictwo, dyskryminacja kobiet homoseksualnych, nierówny dostęp do edukacji i nierówności na rynku pracy. Raportom towarzyszą najważniejsze międzynarodowe postanowienia dotyczące praw kobiet.
Polskie wydanie uzupełniono o teksty poświęcone sytuacji kobiet w Polsce."

Elżbieta IDruga książka, która pojawiła się na półce to "Elżbieta I" Johna Ernesta Neale'a, zakup dokonany pod wpływem filmu o Królowej Dziewicy (zresztą Cate Blanchet spogląda z okładki najnowszego wydania).






A tymczasem wracam do "Middlesex".
piątek, 04 lipca 2008
Z ostatniej chwili

Zapadła decyzja o zakupie nowego regału na książi, które ostatnimi czasy, z braku miejsca, mieszkają w kartonowym pudle. Moje nowe cudo wirtualnie wygląda tak:


10:52, martitxu , Varia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
statystyka